IMAG7566_2

Dwudniowa wycieczka kl. 5a, 5b do Nowego Sącza i w Pieniny – 22-23 września

Pod koniec września na dwudniową wycieczkę do Nowego Sącza i w Pieniny wybrały się obie klasy piąte pod opieką pań wychowawczyń oraz pani Jolanty Stępień i pana Krzysztofa Winiarskiego.

Najpierw zwiedziliśmy urocze, pełne atmosfery dawnych lat miejsce, jakim jest Miasteczko Galicyjskie w Nowym Sączu. Miejsce to jest rekonstrukcją rynku, ratusza i kilkunastu domów. Uczniowie mieli okazję zobaczyć odtworzone warsztaty rzemieślników, między innymi atelier fotografa, pracownię i sklep zegarmistrzowski, warsztat stolarski, dawną aptekę i gabinet dentystyczny, sklep z różnorakimi artykułami, dawną pocztę i remizę strażacką, zakład fryzjerski i krawiecki. Wiele eksponatów można było dotknąć. Największe wrażenie zrobiła na uczniach mała galeria sztuki, zwłaszcza liczne rzeźby w drewnie i kamieniu wykonane przez artystów-amatorów ze wsi. Przewodnicy byli pozytywnie zaskoczeni rozległą wiedzą i kulturalnym zachowaniem naszych uczniów.

Następnie udaliśmy się do Niedzicy, gdzie wspinaliśmy się po schodach i murach tamtejszego zamku. Zamek w Niedzicy to średniowieczna twierdza, znana również jako Zamek Dunajec. W komnatach podziwialiśmy zabytkowe zegary, meble, broń, dzieła sztuki i dokumenty historyczne, a także szereg eksponatów dotyczących regionu Spiskiego. Zamkowe lochy kryją wiele tajemnic, niegdyś służyły jako piwnice, a także jako więzienie. Wielu śmiałków z obu klas zostało zakutych w przygotowanych tutaj dybach. Po II wojnie światowej znaleziono w zamku tajemniczą wiadomość napisaną w języku Inków, prawdopodobnie zawierającą informacje o ukrytych skarbach, jednak nam żadnych klejnotów nie udało się znaleźć. Dodatkową atrakcją zamku są tarasy widokowe, z których podziwialiśmy piękno okolicy: jezioro, zaporę na Dunajcu, zamek w Czorsztynie i góry.

Późniejszy, niemal godzinny rejs statkiem po Jeziorze Czorsztyńskim okazał się uroczym przeżyciem ze względu na piękne widoki, choć wiatr wiał tu mocno. Jezioro to powstało niedawno, bo w 1997 roku na skutek budowy zapory dla elektrowni wodnej. Po rejsie dużo czasu spędziliśmy na zaporze, gdzie również można przechadzać się i podziwiać krajobraz.

Czekała nas jeszcze wizyta w supermarkecie, by uzupełnić przekąski na nocne pogaduchy i ruszyliśmy na nocleg do Pensjonatu „Anna” w Grywałdzie. Po zakwaterowaniu chłopcy szybko zlokalizowali boisko, gdzie w końcu można było zagrać wiezioną z Frysztaka piłką nożną. Dziewczyny kupiły sobie piłkę w sklepie i też zdążyły zagrać: i wieczorem, i o świcie. Obiadokolacja przygotowana przez gospodarzy pensjonatu okazała się obfita i bardzo smakowała, ale spożywano ją w pośpiechu, gdyż ruszyły już przygotowania do piżama-party. Dziewczyny udały się nakładać maseczki odmładzające, zaś chłopcy woleli jeszcze zagrać w tenis stołowy i piłkarzyki.

Sala dyskotekowa okazała się całkiem atrakcyjna i w pełni przygotowana, wystarczyło włączyć muzykę i różnobarwne światła oraz przebrać się w przedziwne piżamy. Niektóre dziewczyny wystąpiły w różnokolorowych maseczkach nawilżająco-odmładzających (na szczęście odmłodziły je na tyle, że dało się je jeszcze rozpoznać). Zabawa trwała długo i okazało się, że niektórzy nieźle opanowali sztukę tańca solo bądź w duecie.

Podobno (tak głosi legenda wycieczkowa) tej nocy były duchy, coś łaziło, coś biegało, stukało, skrobało, unosiło się nad śpiącymi i łaskotało w wystające stopy, no i drzwi od szafy tak dziwnie skrzypiały… Nikt nie chce uwierzyć, że to troskliwa pani Jolka pochylała się nad śpiącymi i otulała przez całą noc kołderką.

Nazajutrz jednak nie trzeba było ani budzika, ani nawet miejscowego koguta. Już z pierwszymi promieniami słońca młodzież wyległa gromadnie na boisko zagrać w obie piłki. Potem zjedliśmy bogate śniadanie w formie uginającego się od smakołyków szwedzkiego stołu, jednak najbardziej smakowały naleśniki i kiełbaski na gorąco.

Tego dnia udaliśmy się do Jaworek, skąd wyruszyliśmy na zwiedzanie rezerwatu przyrody zwanego Wąwóz Homole. Miejsce to zostało uwiecznione w „Potopie” H. Sienkiewicza. Pogoda była piękna, jednak dzień wcześniej padał deszcz, stąd przejścia okazały się rozmyte i zabłocone. Ile błota wynieśliśmy z wąwozu na naszych butach i spodniach, tego nie da się obliczyć. Po drodze spotkaliśmy górala ubranego jak zbójnik z czasów Janosika! Na szczycie góry mogliśmy odpocząć, zjeść przekąski, kupić pamiątki i zagrać w różne gry elektroniczne. Wielu jednak wolało usiąść na huśtawkach lub ciężkich ławach i podziwiać górzysty krajobraz i pasące się owce.

Po przebraniu się i wstępnym oczyszczeniu, pojechaliśmy do Szczawnicy, a tam wyciąg krzesełkowy zabrał nas na Palenicę. Niektórzy się bali, było to jednak niepowtarzalne przeżycie. Z wierzchołka tej góry zobaczyliśmy na horyzoncie szczyty Tatr. Na Palenicy skorzystaliśmy z kolejnej atrakcji – zjazdu popularną zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych zjeżdżalnią, gdzie na specjalnych wózeczkach można zjechać wyprofilowaną, pełną zakrętów rynną, po czym znaleźć się z powrotem na górze, wyjeżdżając wózeczkiem podpiętym do wyciągu. I tak około 700 metrów! Spędziliśmy tam dłuższy czas, korzystając z pięknej pogody. Wyciąg krzesełkowy zwiózł nas z powrotem na dół.

Teraz zrobiliśmy sobie bardzo długi spacer promenadą-deptakiem wzdłuż rzeki Grajcarek. Woda cicho szumiała, przy ścieżce umieszczono ławki, na których można było przycupnąć i wąchać tudzież napawać się widokiem licznych kwiatów doniczkowych i pnączy. Pogoda dopisywała. To był przyjemny i spokojny spacer.

Jeszcze jakieś pamiątki, potem obiad w restauracji i ruszyliśmy do domu. To była bardzo udana i obfitująca w przeżycia wyprawa.